RECENZJA [PC] - AIRBORNE TROOPS
SS-NG #30 KWIECIEŃ 2005






"Zantar"
PRODUCENT:  Widescreen Games WYDAWCA:   Playlogic GATUNEK:  szczelanka WWW   PLATFORMY:   PC ( +PS2)
    Znowu II Wojna Światowa. John Welsh to młody i silny mężczyzna urodzony w Montanie. Wysłany na misję dostarczenia nad terytorium okupowanej przez Hitlerowców Francji „sekretnego agenta”, pan John Welsh musi ewakuować się z trafionego samolotu i samotnie podjąć się wykonania misji niedoszłego członka La Resistance. Ląduje w miasteczku opanowanym przez Niemców i natychmiast kieruje swe dziarskie jankeskie kroki w stronę porozrzucanego tu i ówdzie ekwipunku.
przykładzie nie musimy spodziewać się zasadzek i kontrataków, najlepszym sposobem na wyeliminowanie przeciwnika jest zajęcie pozycji na końcu korytarza i czekanie aż Niemcy jeden za drugim radośnie wbiegną nam pod lufy. Regulacja poziomu trudności daje tylko tyle, że przeciwnika trudniej zabić (więcej kul musi przyjąć) i że wrogowie pojawiają się znikąd, po prostu się pojawiają. Nie ważne, czy część mapy została doszczętnie „spacyfikowana”, i tak wciąż można dostać w plecy kulkę.
Airborne Troops jest grą TPP określaną przez producenta jako „infiltration action adventure”. Sterujemy w niej poczynaniami wspomnianego już dzielnego Amerykanina Johna Welsha, który to swoimi dzielnymi czynami przyczyni się do pokonania złych i wstrętnych Niemców.
Nasz Amerykanin to stereotyp wspaniałego chłopca walczącego o wolność świata. Co innego bohaterowie negatywni, Doktor Ulrich Schultze jak na prawdziwego Hitlerowca przystało jest okropnym zwyrodnialcem i sadystą, zaś Karl Meyer to prawdziwy twardziel, nazywany przez swoich podwładnych „Rzeźnikiem Kijowa”. Fabuła jest tak standardowa, że aż szkoda marnować miejsca na jej opisywanie, cała gra sprowadza się do biegania, kucania, strzelania, zbierania „życia” (niebieskich krzyżyków ).


  


W samej grze zobaczymy więcej action adventure niż infitration. Sama rozgrywka polega przede wszystkim na bieganiu po dość mało urozmaiconej mapie w zasadzie po wyznaczonej przez programistów ścieżce i strzelaniu do Niemców. Samych misji jest siedem, starcza ich na maksimum 10 godzin zabawy, czyli nie dość dużo, by grę zapamiętać a w sam raz, jeśli chcecie odpocząć od jakiegoś poważniejszego tytułu, który zdenerwował Was jakimś momentem (dla mnie Airborne Troops było przerwą w Nexusie i Republic Commando).


  


Jeśli po przeczytaniu słowa infiltration zamarzył Ci się, drogi Graczu, Splinter Cell w okupowanej Francji to muszę Cię zawieść. Infiltracja sprowadza się w tej grze do przykucnięcia, wyjścia zza murku i ostrzeliwania Niemców. Nie można na przykład „przytulić” się do muru, by zmniejszyć prawdopodobieństwo wypatrzenia a o czymś takim jak współpraca to Niemcy nie słyszeli; przykład: zabijamy patrol Szkopów, 100 m dalej widzimy następny. Nie musimy jednak martwić się o to, że nas wypatrzą lub zaniepokoją się nieobecnością kolegów, o nieeeeee, to by było za bardzo realistyczne. Zamiast tego radośnie idą wyznaczoną wcześniej trasą. Jak widać na podanym

  


Grę rozpoczynamy z nożem, po chwili zaś znajdujemy pistolet z niekończącą się amunicją (żeby nie było za trudno). Część pierwszej misji polega właśnie na odnalezieniu naszego ekwipunku, w tym M1 Garand czy karabinu z lunetą. Zastanawiający jest tylko fakt, że broń ta leży sobie, czekając tylko na nas, gdy w około chodzą sobie nic nie podejrzewający Niemcy. Gdy jesteśmy już przy Niemcach należy jeszcze wspomnieć, że upuszczają oni po śmierci swą broń, którą my podnosimy i wykorzystujemy do pacyfikacji, to znaczy „infiltracji” wrogiego terytorium. Wciśnięcie LPM uaktywnia tryb celowania Arsenał broni jest standardowy jak na II Wojnę Światową i chyba tego należało się spodziewać, dość już nawymyślano niemieckich robotów kroczących i innego badziewia.
Grafika w grze prezentuje się przyzwoicie, to znaczy trzyma poziom i nie odstępuje za bardzo od najbardziej standardowych standardów. Nie znajdziemy tu co prawda takich fajerwerków jak w Republic Commando. Ba! Nawet starszy przecież Splinter Cell wydaję się grą z grafiką o niebo lepszą. Dlatego też taka nota za grafikę. Dźwięk również prezentuje się całkowicie szaro, żadnego zachwytu ani zasłuchania się w muzyce. Wszystko to można określić szybko: „standard, standard, standard”.


  


A teraz dam upust swojej studenckiej frustracji. Tak naprawdę jedyną rzeczą, jakiej nie lubię w konsolach, jest fakt, że czasami tworzy się gry na dwie platformy na raz, lub, co gorsza, tworzy się grę na PS2, a następnie „żywcem” przenosi się ją na PC. Wścieka mnie taka sytuacja, gdy ktoś próbuje wcisnąć mi taki sam produkt, całkowicie ignorując prawa rządzące rynkiem gier na PC. A Airborne Troops ma jedną cechę, która kwalifikuje ją do kategorii gier działających na mnie, jak płachta na byka. Nie można zapisywać gry w dowolnym momencie, jedynie pomiędzy misjami jest ta opcja dostępna, zaś w czasie gry samoczynnie zapisywanie następuje w pewnych punktach planszy. Nie cierpię tego, ocena gry poleciała w dół o jeden przez to. Poza tym gra jest dość nudnawa i nie wytrzymuje konkurencji ze starszym przecież Splinter Cellem. Realizm rozgrywki zapowiadany przez twórców to bajka, chyba że Niemcy z czasów II Wojny Światowej byli nieuważnymi nie potrafiącymi strzelać tchórzami bez oczu i uszu.

Pentium III 1GHz, 256MB RAM, karta grafiki 64MB, 2GB HDD.
nic nowego, stare schematy plus brak możliwości sejwowania
RECENZJA [PC] - AIRBORNE TROOPS
SS-NG #30 KWIECIEŃ 2005